Żałuję macierzyństwa. Kiedy bycie mamą bywa cierpieniem, nie spełnieniem

Jędrzej Dudkiewicz
| 21.4.2022 | 1 komentarz
Żałuję macierzyństwa. Kiedy bycie mamą bywa cierpieniem, nie spełnieniem
Zdroj: Shutterstock

Nie chcę mieć dzieci – z podobną deklaracją można spotkać się coraz częściej. Jednak co jeśli dzieci już się ma i tego żałuje? O powodach, dla których tak jest opowiadają Monika, Karolina i Magda*.

Monika – poczekam na spełnienie marzeń

„Mam dla kobiet taką magiczną radę: spróbujcie założyć najgorsze możliwe scenariusze, a potem wyobraźcie sobie, że to nie wszystko. I dopiero podejmijcie decyzję, czy na pewno chcecie mieć dzieci” – zaczyna Monika.

Jak przyznaje po latach, w jej przypadku zabrakło tego procesu. Jej partner zawsze chciał być tatą, ona niekoniecznie, ale uznali, że porozmawiają o tym poważnie potem. Chociaż nigdy specjalnie nie lubiła dzieci i nie miała z nimi wielkiego kontaktu, dała się przekonać, że to dobry pomysł. Dodatkowym argumentem były naciski rodziny, która co i rusz wspominała, że wypadałoby powiększyć rodzinę.

„Przestałam brać tabletki z własnej woli, chyba uznałam, że nawet jeśli będę beznadziejną mamą, to mój mąż będzie dobrym ojcem. I faktycznie jest.”

Początki nie były złe. Ucieszyła się nawet z pozytywnego wyniku testu. Zaczęła jednak cierpieć na depresję poporodową i dość szybko uznała, że żałuje decyzji. Okazało się, że macierzyństwo nie jest czymś, na co można się jakkolwiek przygotować, a każda ciąża i macierzyństwo są zupełnie inne. Najbardziej uderzyło ją uświadomienie sobie odpowiedzialności za drugą osobę. Zabrało jej to poczucie, że jej własne życie ma wartość, nagle przestała być istotna, a każda decyzja wymagała wzięcia pod uwagę dziecka.

„Mam świadomość, że nawet jeśli zdecydowałabym się ich zostawić, to jednak coś we mnie będzie tęsknić. Nie da się tego cofnąć i ot tak zapomnieć. Co nie zmienia faktu, że kiedy wyjechałam pewnego razu na dwa tygodnie i wiedziałam, że dzieci są w dobrych rękach, to wreszcie poczułam wolność”.

Wtedy miała już dwójkę dzieci. Monika uznała bowiem, że skoro jest kiepską mamą, to niech synowie przynajmniej mają siebie nawzajem. I rzeczywiście są zgrani, jest między nimi mała różnica wieku. To o tyle ważne, że Monika niespecjalnie dogaduje się ze starszym, którego średnio lubi jako człowieka. Z kolei młodszy jest bardzo pozytywną osobą, więc Monice łatwiej nawiązać z nim kontakt. Ale i tak większość wspólnych aktywności – jak walki na kije udające miecze – nie daje jej specjalnej radości. Nie mówiąc już o tym, że nie ma cierpliwości do miliona pytań na minutę.

To jeden z wielu powodów, dla których z powodu dzieci jest nieszczęśliwa. Zdarzają się lepsze momenty, gdy młodszy syn przyjdzie i zarazi swoją pozytywnością, czasem udaje się pojechać na camping, ale też dość rzadko, bo ma on silną chorobę lokomocyjną. To kolejne z ograniczeń, które czuje Monika. Obecnie i tak jest lepiej, bo może zostawić dzieci same w domu i iść na zakupy, nie są już aż tak od niej zależne. Ale i tak na wiele rzeczy będzie musiała poczekać. „Jasne, mogę daleko podróżować także po czterdziestce, ale mam poczucie straconego czasu” – mówi.

Urwały się też niektóre kontakty. Kiedy jej dzieci były małe większość znajomych wciąż jeszcze jeździła na różnego rodzaju imprezy i zloty, nie za bardzo chciała spotykać się z kimś, kto nie może być spontaniczny. To właśnie ten brak wolności, która zawsze była dla Moniki bardzo ważna, jest największą bolączką.

Oczywiście stara się tego po sobie nie okazywać, ma nadzieję, że synowie nie zdają sobie sprawy, co przeżywa. Chciałaby, żeby wyrośli na fajne osoby, niepokiereszowane przez nieudolne macierzyństwo. Sama sześć lat była na terapii, która zaczęła się od tego, że na pierwszym spotkaniu, po dwugodzinnej rozmowie, usłyszała, że nie powinna być matką. Ma to więc na piśmie, podbite pieczątką.

Przepracowałam to wszystko, staram się walczyć o swoją autonomię, na tyle na ile to możliwe. Czasu nie cofnę, ale mogę z pełną świadomością powiedzieć, że żałuję bycia mamą, żałuję, że dałam się przekonać i nie porozmawialiśmy o tym wystarczająco długo.

W pionie trzyma ją to, że ma fajnego męża, z którym może o tym wszystkim porozmawiać. Rozumie ją, sam zresztą widzi, jak bardzo – także pod kątem finansowym – zmieniło się ich życie. On się w tym po prostu lepiej odnalazł. Stara się ją możliwie często odciążać i zajmować dziećmi, by mogła zrobić coś tylko dla siebie. Monika cały czas uczy się też doceniać, niekiedy wręcz wyolbrzymiać, pozytywne chwile. Ważnym momentem była rozmowa z mamą, która po wysłuchaniu pretensji o naciski sprzed lat, przeprosiła córkę. Na co dzień jednak Monika nie opowiada znajomym o swoich doświadczeniach, za bardzo boi się niezrozumienia.

„Jeśli ktoś zareagowałby oburzeniem i stwierdzeniem, że wyrodna ze mnie matka, to bym uznała, że nie zasługuje na moją uwagę. Jednocześnie nie chcę zbyt często wchodzić w szczegóły. To zresztą nie jest coś, co da się wytłumaczyć. Przepracowałam to wszystko, staram się walczyć o swoją autonomię, na tyle na ile to możliwe. Czasu nie cofnę, ale mogę z pełną świadomością powiedzieć, że żałuję bycia mamą, żałuję, że dałam się przekonać i nie porozmawialiśmy o tym wystarczająco długo. Zgodność poglądów w tak ważnej kwestii jest przecież kluczowa, tu nie ma miejsca na kompromis. Nikomu nie życzę, by przekonał się o tym na własnej skórze” dodaje Monika.

Karolina – nierówne starcie z patriarchatem

„Wraz dwiema kreskami na teście ciążowym, straciłam bardzo dużo, prawie wszystko” – mówi Karolina

Przez pewien czas nie chciała mieć dzieci, co było wynikiem trudnej relacji z matką. Karolina często słyszała, że gdy się urodziła, życie jej matki dobiegło końca. By zyskać jej miłość, wmówiła więc sobie, że nie popełni jej błędu. Szybko jednak okazało się, że z różnych powodów ma dużo problemów z gospodarką hormonalną i jeśli nie zadba o zdrowie, to nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. A tym samym straci możliwość wyboru. Uznała więc z mężem, że jednak spróbują. Gdy zaszła w ciążę i powiedziała o tym matce, ta spojrzała na nią z pogardą, powiedziała, że Karolina jest zerem i wyrzuciła ją z domu. Uciekła do koleżanki, niedługo potem trafiła do szpitala, bo ciąża była zagrożona. Także z powodu kolejnego, tym razem finansowego ciosu, który musiała przyjąć w tym samym czasie.

Mieli z mężem dobrą sytuację materialną, oboje świetne prace, na Karolinę czekał awans. Kiedy jednak pracodawca dowiedział się o ciąży, wszystko się zmieniło – natychmiast przestała być dobrą pracownicą. Zamiast rozwijać się zawodowo musiała, z pomocą prawnika, walczyć o zachowanie umowy do końca ciąży. Wkrótce nie miała już zatrudnienia i zamiast zarobków rzędu 8 tysięcy złotych miesięcznie, mogła liczyć co najwyżej na najniższą krajową. Czasem po znajomości słyszała, że ma znakomite CV i chętnie by ją zatrudnili, ale dopiero wtedy, gdy dziecko podrośnie, bo będzie chorować. Karolina znalazła sobie możliwość dorabiania, ale i tak stała się mocno zależna od męża. Nie ma też możliwości rozwoju.

„A przecież zrobiłam wszystko tak, jak trzeba. Można czasem przeczytać, że na dzieci powinni decydować się ci, których na to stać. Nas było stać na utrzymanie rodziny wielkości drużyny piłkarskiej. Zmieniło się to w ciągu kilku dni”.

Uznali, że nie ma sensu wydawać całej nowej, niższej pensji na opiekunkę, żłobek lub przedszkole też w grę nie wchodziły, bo Karolina musiałaby pracować więcej niż osiem godzin dziennie, więc i tak konieczna byłaby dodatkowa pomoc. Sytuacja bez wyjścia. Niedługo potem pojawiło się drugie dziecko, to już nieplanowane. Wspomina, że mogła zdecydować inaczej, zamówiła nawet tabletki z Women Help Women, ale ich nie wzięła. Spojrzała na córkę i uznała, że da radę. Zdecydowała się na to także dlatego, że nie musiała obawiać się kolejnych komentarzy matki, która wtedy już nie żyła, co było dla niej wybawieniem.

Drugie dziecko jeszcze bardziej przykuło ją to do domu. Straciła kolejną pracę. Musiała jeszcze więcej czasu poświęcać na opiekę. Sama, bo jej ukształtowany przez patriarchat mąż tak został wychowany i ani on, ani jego rodzina nie widzi powodu, by cokolwiek miało być inaczej. Żyją też w małej miejscowości, gdzie wszyscy praktykują „tradycyjny model rodziny”, w którym tata chodzi do pracy i zarabia na chleb, a mama dba o dzieci i dom.

„Dla wielu jest to sprawiedliwy podział obowiązków, ale w praktyce tylko ja dźwigam na sobie odpowiedzialność za wychowanie dzieci. Mąż nie ma problemu z wzięciem L4, utrzymaniem pracy, czasem może wyjść ze znajomymi. Ja często nie mam nawet tego, bo on nie zostanie sam z dziećmi. Czasem próbuje, ale nie jest w stanie przeciwstawić się wzorcom patriarchatu. Nie ma zresztą czego ukrywać – to po prostu dla niego wygodne. Wciąż tęsknię za tym, co było. Kiedyś tworzyliśmy tzw. power couple. Teraz żyjemy bardziej obok siebie niż ze sobą. Mąż dużo czasu spędza przy remoncie domu. I czasem jest to trochę wymówka, by nie spędzać czasu z dziećmi” – mówi Karolina.

Karolina zajmuje się więc wszystkim innym. Nawet kiedy stara się zrobić coś dla siebie, zajmuje jej to o wiele więcej czasu, bo dzieci ciągle czegoś chcą, więc musi przerywać. Wciąż są małe, trzeba ich pilnować, jechać 40 kilometrów w jedną stronę do lekarza, a po powrocie ugotować obiad, posprzątać. I nie ma znaczenia, że jest tak wykończona fizycznie i psychicznie, że przyjmuje leki na migrenę i antydepresanty.

Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno nie zostałabym mamą. Nie znaczy to, że nie chcę moich dzieci. Po prostu droga, którą przeszłam była zbyt bolesna

Czasem ktoś ją pyta, czemu go nie zostawi. Po pierwsze jednak czuje się tak zraniona przez całą sytuację, że wątpi, by była w stanie zaufać komuś nowemu. Po drugie, według niej problemem bardziej jest to, że nie mają odpowiedniego wsparcia, na rynku pracy są duże nierówności, luka płacowa. Karolina stara się o tym wszystkim rozmawiać, edukuje na Instagramie o realiach macierzyństwa i wielu związanych z tym kwestiach, ale tu też często ponosi porażki – rzadko udaje się kogoś przekonać, że macierzyństwo bywa o wiele bardziej skomplikowane.

Ciągle musi czytać najróżniejsze komentarze. Odeszłaby od męża? Dowie się, że szuka faceta, który będzie bankomatem dla niej i dzieci. Poszłaby do pracy? Będzie wyrodną matką, która nie dba o dzieci. Zostanie w domu? Ktoś uzna, że nic nie robi cały dzień i jeszcze pobiera 500+. Podobnych wypowiedzi wszędzie można znaleźć bardzo dużo i dobrze pokazuje to, że mamy są w Polsce poddawane ciągłej ocenie, a każda ich decyzja nie jest wystarczająco dobra.

„A to ogromnie rani. Zwłaszcza, że dla mnie i dla wielu innych mam w podobnej sytuacji, internet to jedyna szansa na jakieś ludzkie interakcje, bo wiele znajomych bez dzieci nie chce się spotykać. W sieci też dostaję po głowie, nic dziwnego, że się tym przejmuję. Chociaż to przecież świadczy o tych, co piszą takie komentarze, a nie o mnie. Ja bym bardzo chciała, żeby to wszystko wyglądało inaczej, tęsknię za wieloma rzeczami, za szansami, które straciłam”.

Przyznaje, że kocha swoje dzieci, potrafią dać jej radość. Jednocześnie realia patriarchatu, wszystko co ją spotkało sprawia, że jest nieszczęśliwa. To swoiste rozdwojenie jaźni, mało uchwytne i zrozumiałe dla kogoś, kto tego nie doświadczył. Bo taki w końcu jest świat – skomplikowany, a nie czarno-biały.

„Mam duszę wojowniczki, więc wciąż daję radę. Ale nikogo nie można zmuszać do heroizmu. To, że przetrwałam to wszystko nie znaczy, że jestem i będę szczęśliwa. Straciłam wiele lat na walkę z różnego rodzaju zaburzeniami, samą sobą. Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno nie zostałabym mamą. Nie znaczy to, że nie chcę moich dzieci. Po prostu droga, którą przeszłam była zbyt bolesna” podsumowuje Karolina.

Magda – to nie jest dobry świat dla moich dzieci

„Nie jestem osobą, która dużo planuje. Bywały momenty, gdy chciałam mieć dzieci, w innych okresach zupełnie o tym nie myślałam. Może gdybym wcześniej uzmysłowiła sobie różne rzeczy, wszystko potoczyłoby się inaczej” – wspomina Magda.

Jest jedynaczką, a tak się złożyło, że w liceum jej dwie najlepsze koleżanki miały bardzo liczne rodzeństwo. Podobało jej się, jak bardzo zgrane i szczęśliwe były te rodziny, wszyscy mogli na siebie liczyć. Przez całe życie brała jednak pigułki antykoncepcyjne, przepisywane jako lekarstwo na trądzik. Była faszerowana silnymi tabletkami, które zrujnowały jej gospodarkę hormonalną, w trakcie ogólnych badań usłyszała diagnozę: bezpłodność. Miała wtedy stałego partnera, uznała więc, że nie ma sensu dalej brać pigułek, można co najwyżej stosować prezerwatywy. Po dwóch tygodniach jedna z nich pękła i tak począł się ich syn.

Było to w 2009 roku. Jako ciężarna wegetarianka Magda czasem słyszała, że urodzi przez to upośledzone dziecko. Znalazła forum dla podobnie żyjących mam i poznała tam mnóstwo świetnych osób, które bardzo ją wspierały, często się spotykały. Wszystko więc układało się dobrze. Wkrótce z partnerem i synem wyjechali za granicę.

„Jakieś trzy lata później syn już mnie aż tak nie potrzebował, spędzał dużo czasu w szkole, z kolegami. A we mnie odezwała się chyba biologia, poczułam, że mam w sobie jeszcze do dania tyle miłości, która nie może się zmarnować. Jedynactwo zawsze mi doskwierało, więc tym bardziej uznałam, że kolejne dziecko będzie dobrym pomysłem ze względu na syna. Dziś przyznaję, że mózg chyba opanowały mi wówczas hormony, nie byłam w stanie logicznie myśleć” – wspomina Magda.

 

Gdyby mogła się cofnąć i podjąć inne decyzje, to nie chciałaby mieć dzieci. Jak jednak podkreśla, nie dlatego, że ich nie kocha, czy czuje, że coś jej zabrały. Przeraża ją to, że jej dzieci nie będą mieć tak wspaniałego dzieciństwa, jakie sama miała. Nie wzięła pod uwagę, że czasy się zmieniły, społeczeństwo zindywidualizowało, pojawiły się nowe technologie.

Niedługo potem urodziła córkę, z którą nie było już tak łatwo. Brakowało codziennego wsparcia od koleżanek, Magda miała bardziej wymagającą pracę, do której musiała wrócić, była też już starsza, miała mniej cierpliwości. Do tego córka ma o wiele trudniejszy charakter, inny temperament niż syn, często płakała, przysparzała dużo nerwów i stresu. Zbiegło się to z momentem, kiedy Magda zaczęła jeszcze więcej myśleć o kondycji świata oraz społeczeństwa i czytać m.in. „Głód” Martina Caparrosa, a także poznawać osoby o poglądach antynatalistycznych. „Uświadomiłam sobie, że świat, który nas otacza w dużym stopniu jest straszny, jest na nim tyle bólu i cierpienia, wszystko zmierza do katastrofy”.

Doszła w związku z tym do momentu, w którym może powiedzieć, że gdyby mogła się cofnąć i podjąć inne decyzje, to nie chciałaby mieć dzieci. Jak jednak podkreśla, nie dlatego, że ich nie kocha, czy czuje, że coś jej zabrały. Jej życie nie zostało zminimalizowane do roli mamy, partner jest zaangażowany w wychowanie, Magda może więc bez problemu wyjść z domu, imprezuje chyba nawet więcej niż wcześniej. Dalekie podróże również nie stanowią problemu, niedawno byli całą rodziną w Południowej Afryce. Przeraża ją po prostu to, że jej dzieci nie będą mieć tak wspaniałego dzieciństwa, jakie sama miała. Nie wzięła pod uwagę, że czasy się zmieniły, społeczeństwo zindywidualizowało, pojawiły się nowe technologie, które pochłaniają nasze życie. Funkcjonuje się inaczej, co już teraz obserwuje. O ile córka jest w przedszkolu i dobrze się tam czuje, o tyle syn ma tylko jednego kolegę, do którego może w weekend zadzwonić i zapytać, czy pójdą na rower.

„Widzę, że jest nieszczęśliwy i chce mi się płakać, kiedy pyta się w sobotę, czy może pograć na komputerze, bo i tak nie ma nic lepszego do roboty. Oczywiście możemy iść po raz tysięczny na trampoliny, czy obejrzeć film, ale wyraźnie brakuje mu częstszego kontaktu z rówieśnikami, dzieciństwa na podwórku obok trzepaka, jakie miałam ja” mówi Magda.

Magda myślała też, że będzie w stanie dać dzieciom dużo siły, pewności siebie, by mogły przeciwstawiać się smutkom i tragediom. Tyle, że nawet mocno interesując się psychologią nie jest w stanie w pełni tego robić, czuje, że obarcza je także swoimi nieprzepracowanymi problemami. Oczami wyobraźni widzi też, że czeka je coraz więcej cierpienia. Skończyły się dobre czasy, wciąż trwa pandemia, za wschodnią granicą jest wojna, coraz mocniej daje o sobie znać katastrofa klimatyczna. Jej syn jest tego wszystkiego świadomy, wie, że lodowce się roztapiają, środowisko jest dewastowane i za jakiś czas może być problem z dostępem do jedzenia i do wody.

„Głównym uczuciem towarzyszącym mi w byciu mamą są wyrzuty sumienia. To ja powołałam moje dzieci na ten świat, więc to ja odpowiadam, pośrednio i bezpośrednio, za ich wszystkie cierpienia. Są oczywiście chwile szczęścia, ale to właśnie chwile. Ta odpowiedzialność mnie przygniata, to taki ciężki kamień, który wkłada się do plecaka i trzeba z nim chodzić do końca życia. Jest to tym trudniejsze, że naprawdę kocham moje dzieci i chciałabym dać im wszystko, co najlepsze. To są akurat najprostsze, zawsze twierdzące odpowiedzi: Są dla ciebie najważniejszymi osobami w życiu? Tak. Skoczyłabyś dla nich w ogień? Tak. Oddałabyś im wszystko? Tak. I nie jestem w stanie tego zrobić, dobija mnie to. Mam 35-letnią przyjaciółkę, która po długich rozmowach ze mną postanowiła nie mieć dzieci. Bo to rzeczywiście coś, co trzeba bardzo porządnie przemyśleć. A i tak można potem żałować”.

 

*Imiona bohaterek zostały zmienione na ich prośbę.

 

Dyskusja dot. artykułu

W sumie 1 komentarz

Zostaw komentarz