Mokrą szmatą po twarzy, czyli feminizm z perspektywy pieluch, kupek i laktacji

Agata Komosa-Styczeń
| 22.3.2022 | 3 komentarze
Mokrą szmatą po twarzy, czyli feminizm z perspektywy pieluch, kupek i laktacji
Lady Pasztet z synem (IG: ladypasztet)

Najbardziej oczywiste, a jednocześnie najbardziej niewidoczne – matki. Mimo że doświadczenie macierzyństwa dotyczy wciąż większości kobiet w Polsce, postulaty o godnym wychowywaniu dzieci nie są atrakcyjne dla lewicowych aktywistek.

Kiedy z redakcyjnych korytarzy i porannych kolegiów przeniosłam się na parkowe alejki, po których miarowo sunęłam wózkiem, poczułam, że straciłam moją feministycznej siłę przebicia. Jako matka stałam się wręcz mniej wiarygodną feministką i miałam wrażenie, że w jakiś sposób sprzeniewierzam się ruchowi, który indywidualizm i wolność osobistą ceni ponad wszystko. Moja wolność osobista została wraz z narodzinami dziecka gwałtownie ograniczona. Co gorsza, wcale nie czułam z tego powodu, że macierzyństwo jest opresyjne – nie byłam się w stanie wpisać się więc w popularne narracje, które mają za zadanie odczarować rodzicielstwo.

Zadałam więc sobie pytanie (nie ja pierwsza) – dlaczego bycie matką, czyli doświadczenie, które jest udziałem większości kobiet na świecie, nie wisi na sztandarach ruchów kobiecych w Polsce. Dlaczego, kiedy żądamy równych praw i świadczeń jako kobiety bezdzietne, jest to uznawane za zasadne i potrzebne. Jednak, gdy wysuwamy postulaty jako matki, stajemy się roszczeniowe, nawet w oczach naszych sióstr.

Wyraz matka, wypowiadany tonem pełnym celebry i słodyczy został zagarnięty przez środowiska tradycyjne i konserwatywne. A feminizm od matki odstręcza widmo tradycyjnego kobietyzmu, przed którym tak intensywnie uciekamy od lat.

O przyczyny takiego stanu rzeczy zapytałam Katarzynę Barczyk-Matkowską, czyli blogerkę Lady Pasztet, feministkę i matkę dwóch synów.

„Myślę, że problem tkwi w tym, że środowiska feministycznego nie tworzą matki. Kiedy rodzisz dziecko, wypadasz z aktywizmu, a twoje problemy przestają być ważne. A paradoksalnie wtedy feminizm zyskuje na znaczeniu, bo dopiero zostając matką zdajesz sobie sprawę, że w kwestii równouprawnienia nie wszystko do końca poszło tak jak miało pójść. I pewne kwestie, które wydawały się wywalczone, są wciąż boleśnie niezałatwione. Aktywistki zazwyczaj nie mają rodziny, albo mają już odchowane dzieci – tak jak to jest z matkami polskiego feminizmu np. Magdaleną Środą. Macierzyństwo nie jest też nośnym tematem, a kobiety, które interesują się dziećmi, często nie interesują się feminizmem. Chociaż to się zmienia, bo jak zostajesz matką, to równocześnie jest tak, jakbyś w pysk dostała mokrą szmatą. Nagle okazuje się, że twoje prawa, np. te związane z godnym porodem są nierespektowane. Wciąż tłuczemy się o aborcję, ale znieczulenia przy porodzie, które będzie oczywistą możliwością, cały czas nie udało nam się wywalczyć” – tłumaczy Lady Pasztet.

Madka, czyli najbardziej wyemancypowana matrona

Mnie samej trudno było mi się identyfikować z jakąkolwiek wizją matki – nie była mi w smak ani tradycyjna matrona rozkokoszona w domowych pieleszach, ani stłamszona i wykończona przez noworodka kobieta, która nie odnalazła się w nowej roli. Została jeszcze patologiczna madka, wdzięczny obiekt żartów, która za najcenniejszą walutę uważa uśmiech swojego bąbelka i kieruje niepohamowaną agresję słowną wobec kogokolwiek, kto stanie na drodze jej brzdąca. Choć z tą ostatnią wizją, czułam, że łączy mnie najwięcej – bo kiedy ktoś bezmyślnie na spacerze przerywał sen mojego dziecka, miałam ochotę rzucić mu się do gardła.

„Cóż, ta madka jest chyba najbardziej wyemancypowana ze wszystkich macierzyńskich wyobrażeń, jakie stworzyło społeczeństwo. Ona nie boi się stanąć w obronie dziecka i dlatego budzi takie złe emocje – bo osiąga swój cel, a my wolimy pomagać tym, których odbieramy jako ofiary. Dziś przestrzeń macierzyństwa wypełnia środowisko kościelne, dlatego dużo osób po urodzeniu dziecka skręca w tę stronę. A lewica i centrum nie zajmują się tym tematem. A jest on niejednoznaczny i skomplikowany. Kiedy publikuję u siebie na profilu informację, że większość kobiet chce mieć dzieci, to od razu dostaję sporo wiadomości, że ktoś tam nie chce. Ok, szanuję to, ale wobec bezdzietnych nie ma w Polsce przemocy. Natomiast problem jest z tymi, którzy te dzieci chcą mieć. W Covidzie nikt się nie interesował tym, że matki nie mogły widzieć swoich nowonarodzonych dzieci. A przecież to było niezgodne z wytycznymi WHO i było traumą zarówno dla matek, jak i noworodków. Do tego porody, fizjologia, kolor kupki dziecka, czyli wszystko to, co jest matce bliskie - to są rzeczy brzydkie, o których nie chcemy rozmawiać” – zaznacza Lady Pasztet.

Tradycyjny kobietyzm wbrew liberalnym wartościom

Problem nieuwzględnienia matki w narracji feministycznej dostrzegła już w 2014 roku Agnieszka Graff w swojej książce „Matka Feministka”. Pisała wówczas: Z perspektywy ruchu kobiecego kluczowe jest to, że fakt zostania matką, bardziej niż cokolwiek powoduje, że staje się ona ofiarą dyskryminacji.

Tym bardziej, ruch feministyczny, uwrażliwiony na wszelkie przejawy dyskryminacji powinien tu wytoczyć jak najcięższe działa, by przeciwdziałać marginalizowaniu matek w przestrzeni publicznej i zawodowej. Tak się jednak nie dzieje. Dlaczego?

Graff zauważa, że współczesny polski feminizm wyrósł na gruncie transformacji ustrojowej i w związku z tym naturalnie ciążył ku indywidualizmowi i neoliberalizmowi. Pisze: Nic dziwnego, że łatwiej przychodzi nam walka o prawo do aborcji niż o prawo do świadczeń takich jak płatne urlopy opiekuńcze, fundusz alimentacyjny, ubezpieczenia, emerytury matek – które z matek uczyniłyby pełnoprawne obywatelki.

Sugeruje też, że sam wyraz matka, wypowiadany tonem pełnym celebry i słodyczy został zagarnięty przez środowiska tradycyjne i konserwatywne. A feminizm od matki odstręcza widmo tradycyjnego kobietyzmu, przed którym tak intensywnie uciekamy od lat.

Już nie tylko matka, lecz także kobieta przestaje być atrakcyjna dla feminizmu

Matka feministka” to książka sprzed ośmiu lat, a ja mam wrażenie, że Agnieszka Graff wyprzedziła swoją epokę, bo tematy związane z dyskryminacją macierzyństwa w środowisku feministycznym chyba nigdy nie były bardziej na czasie.

Matka jest najbardziej oczywistą i jednocześnie najbardziej niedostrzeganą postacią polskiego społeczeństwa. Tę smutną prawdę potwierdził mi ostatnio w wywiadzie dla Radia Zet rzecznik rządu Piotr Muller, który zapytany o miejsca w żłobkach dla ukraińskich dzieci odpowiedział, że polskie matki nawet bez tych miejsc w żłobkach jakoś sobie radzą. I to jest smutna perspektywa, przez którą patrzy się na matki w Polsce – niezależnie czy wzrok pada z prawej czy lewej strony.

Co więcej, po lewej stronie pojawiła się jeszcze inna narracja. Już nie tylko matka jest reliktem dawnych patriarchalnych czasów, ale samo słowo kobieta, zdaniem bardziej progresywnych środowisk jest wykluczające i powinno być zastępowane określeniem „osoba z macicą”. Wszystko po to, by promil osób nieidentyfikujących się z żadną płcią nie poczuł się urażony opresyjnym wpychaniem ich do kobiecej kategorii. I tak obecnie identyfikowanie się i cieszenie z bycia kobietą stało się wątpliwe moralnie z progresywnego punktu widzenia, tak już bycie kobietą i jednocześnie matką ustawia nas w roli prehistorycznego mamuta. A mimo to wciąż musimy pełnić matczyną i opiekuńczą rolę nie tylko wobec własnych dzieci, lecz także wobec mniejszości, by te nie czuły się dyskryminowane – w czasie gdy masowa dyskryminacja matek nie uwiera na tyle, być chcieć cokolwiek z nią zrobić.

Dyskusja dot. artykułu

W sumie 3 komentarze

Zostaw komentarz

Komentarz, który podoba się wam najbardziej

lena | 22.3.2022 16:04

Ostatni akapit zbędny, to nie był tekst o tym, czy nam się podoba termin "osoba z macicą".

+1
Zareaguj

Komentarz, który podoba się wam najmniej

Ania | 22.3.2022 16:48

Dziękuję za ten artykuł, trzymajcie się dzielnie, jesteście wspaniałymi kobietami.
matka-nie-wiem-czy-nadal-femin istka.

-1
Zareaguj